„A wy – za kogo Mnie uważacie?”. Któregoś dnia musiało paść i to pytanie. Ostatecznie byli już prawie trzy lata z Nim. Codziennie słuchali Jego nauk i coraz większym zdumieniem patrzyli na dokonywane przez Niego cuda. Blisko, jak nikt inny, uczestniczyli w Jego życiu. Jest rzeczą niemożliwą, by człowiek do tego stopnia i przez tak długi czas związany z drugim człowiekiem nie wyrobił sobie wreszcie własnego osądu o nim. Byli ludźmi trzeźwymi, mieli oczy i uszy otwarte toteż wiedzieli dobrze jakie są obiegowe opinie tłumu na temat ich Mistrza: Eliasz, Jana Chrzciciel, może któryś z dawnych zmarłych proroków. Tak wyrażali się zwolennicy. Wrogowie mieli oczywiście własne, mroczne jak ich sumienie, sądy o Chrystusie. Natomiast ogół ludzi jeszcze nie był pewny. Jeszcze czekał. Jeszcze wciąż stawiał sobie pytanie: Kim właściwie On jest? Czy Piotr należał do tych, którzy wiedzą? Od dawna to za nim chodziło. Chyba od dnia, gdy w poczuciu własnej grzeczności wypraszał ze swojej łodzi Świętego. Ale nigdy nie próbował stanąć tak oko w oko z powagą tego pytania, aż spadło ono samo na niego tu, pod Cezareą Filipową: „A wy – za kogo Mnie uważacie? Nawet nie wiedział, kiedy zawołał: „Za Mesjasza Bożego”. I zaraz wielka ulga. Nie dlatego, że Pan pochwalił wiarę ucznia. Po prostu trzeba to było kiedyś powiedzieć i Piotr cieszę się, że zdarzyło się to właśnie dziś. Tylko po co Jezus w ogóle pytał Piotra o tę wiarę? Czyżby nie wiedział, co pierwszy z uczniów o Nim myśli? Odpowiedź Piotra nie była potrzebna Jezusowi. Potrzebna była natomiast samemu Piotrowi. Potrzebna jest także i nam. Wyznanie Piotra i towarzyszy ważne było nie tylko dla nich. Szybciej niż sami mogli się spodziewać, zrobili wielki krok w wiarę. Czas był bardzo po temu. Stali wszak przededniu próby. Szli ku Jerozolimie, która zabija proroków.

Ks. Ireneusz