Smutna historia Nazaretu, którą przypomniała nam Ewangelia, idzie jako ostrzeżenie w historię. Nie oburzajmy się na mieszkańców Nazaretu, że w przebywającym do nich Jezusie nie odkryli wysłańca Bożego i obiecanego Izraelowi Mesjasza. My byśmy zapewne też nie odkryli! Żyli za blisko Niego i to przez 30 lat. Nigdy przez ten czas nie nazywał siebie prorokiem ani nauczycielem, ani wysłannikiem Jahwe. Był jednym z nich. Cieślą, synem Józefa i Maryi. Miał braci (kuzynostwo): Jakuba, Józefa, Judę, Szymona. Miał siostry (kuzynki), ciotki, całą gromadę dalszych krewnych. Nikt nie pytał, bo i po co? Wiadomo przecież, jakąś tam rodzinę każdy musi mieć. Płynęły lata i nie działo się nic. Cieśla żył w mieście, miasto żyło z Cieślą. I naraz żąda się od Nazaretu skoku w wiarę. Bo właśnie Jezus przyszedł do swojego miasta, które może przed rokiem opuścił i głosi Królestwo Boże. Poprzedziła Go sława wybitnego mówcy, nauczyciela i cudotwórcy. Nazaret nie ma nic przeciwko temu, że jeden z jego mieszkańców na wielkiego człowieka wyrósł. Jest nawet z tego powodu dumne i tłumnie stawia się na spotkanie z rodakiem. Niechże jednak ten wielki człowiek nie robi nagle z siebie kogoś, omal że równego Bogu! Niech im nie wmawia, że to właśnie na Nim spełniło się proroctwo Izajasza o mającym nadejść Mesjaszu! Niech przede wszystkim nie czyni swoim ziomkom wyrzutów, nie upokarza ich publicznie i nie stawia żądań, których stawiać nie ma prawa! A On to wszystko właśnie robi. Miasto jest oburzone. Za kogo ten Jezus chce uchodzić ? Kto jak kto, ale oni, mieszkańcy Nazaretu zasiedzieli od pokoleń w tym małym miasteczku, najlepiej wiedzą, kim jest ten, który dziś do nich przychodzi. I nikt nie potrafi ich przekonać, że się mylą. Nie bierzmy za złe mieszkańcom Nazaretu ich postawy wobec Jezusa. Po dwudziestu wiekach chrześcijaństwa odnajdziemy przecież tę postawę – i to jakże często – także wśród nas. „Bóg? Współczesna nauka nie zna tego pojęcia. Wcielenie Syna Bożego? Nonsens! Chrystus? Oczywiście człowiek. Społecznik zaangażowany politycznie, o ile w ogóle jest postacią historyczną. Wiara? Namiastka nauki, wyrafinowany sposób tłumaczenia naiwnych”. Mój Boże! Jak my wszystko wiemy. Jak my bez zająknienia mamy na wszystko odpowiedź. Tylko, że to nie jest odpowiedź. To powielany przez wieki stereotyp płytkiego, wygodnego myślenia. Klapy na oczach, jak u doróżkarskiego konia, sprawiają że nie widzi się całego bogactwa i wielowymiarowości problemu. Wiara, religia, Kościół. I nie chce się go widzieć. Stereotyp bowiem rozgrzesza: jeżeli niemożliwe, jeżeli nienaukowe, jeżeli tylko w przypuszczeniach i pytaniach, to i nie wiążące. Po co szukać? Po co się tym przejmować? Wiem swoje. I już największe, najświętsze, najbardziej ważne sprawy przestają interesować, niepokoić, zapraszać w przygodę. Czy jednak nie przyszło nam do głowy, że może my jesteśmy daltonistami, którzy nie łapią wszystkich kolorów? Nazaret potknęło się na tym, że nie potrafiło dojrzeć w Jezusie więcej, niż ukazywały pozory, przyzwyczajenie, doświadczenie wielu lat.

Ks. Ireneusz