Marność nad marnościami. Te przeznaczone do rozburzenia stare stodoły z dzisiejszej Ewangelii, by w ich miejsce wybudować nowe i obszerniejsze, napsuły już niejednemu z wierzących sporo krwi. Czy naprawdę Panu Bogu nie podoba się, że pracujemy, dochodzimy do jakiego takiego majątku, że zaczynamy wygodniej mieszkać i dostatniej się ubierać, a nawet odkładamy jeszcze coś na czarną godzinę? Czy doczesna rzeczywistość, w której tkwimy, dla której zamartwiamy się, nie dojadamy, nie dośpimy, dla której człowiek bierze na siebie tyle ofiar i za którą wysoko płaci swoim czasem, swoim zdrowiem, a więc sobą samym – to tylko „marność nad marnościami” i pogoń za wiatrem, jak nam to przed chwilą odczytano? Czy rozsądny i pracowity gospodarz – bo leniwcowi nie obrodzi pole nawet w najbardziej urodzajne lato – nie zasługuje na pochwałę i postawienie go za wzór, a nie na słowo „głupiec”! Czy chrześcijaństwo do końca gardzić będzie ziemią i nawoływać wyłącznie do pacierza i liczenia na pomoc z nieba? Wystarczy! Nie mnóżmy zarzutów. Im więcej ich wysuniemy, tym bardziej będą niedorzeczne. Najlepszą odpowiedzią niech będzie poważne podejście do tekstu dzisiejszych czytań mszalnych, w pierwszym zaś rzędzie do Ewangelii. Łukasz przytacza w niej opowieść Jezusa o pewnym zamożnym człowieku, który nie wiedząc, gdzie zgromadzić udane zbiory, postanawia zburzyć swoje stare spichlerze dla wybudowania nowych, bardziej obszernych. Zapewne jest to gospodarz energiczny i z inicjatywą. Niestety, lista pochwał pod jego adresem nie będzie długa. Nasz obszarnik ma bowiem sporo wad. Jest on przede wszystkim bardzo krótkowzroczny. Wybudowawszy, nowe stodoły sądzi naiwnie, że ubezpieczył się w ten sposób na całą swoją przyszłość. A co, gdy złodzieje się włamią? A co, gdy pożar? A co, gdy spadek ceny zboża? Nawet niepozorne myszy sprawić mogą prawdziwe spustoszenie w źle zabezpieczonych sąsiekach. Nasz gospodarz nie bierze w ogóle pod uwagę takiej ewentualności. Co gorsza, on i w stosunku do własnej osoby nie wietrzy żadnego niebezpieczeństwa. A ileż to potrzeba, by umrzeć? Dróg prowadzących w śmierć jest wiele. Nasz gospodarz nie ma tego rodzaju zmartwień. Wręcz przeciwnie. On już z góry ustalił program na te długie i spokojne lata, którego go czekają. I tu znowu człowiek ten okazuje się bardzo płaski i malutki.

Ks. Ireneusz