A oto opowieść pewnego kleryka o wadze Mszy św., a szczególnie Komunii z Jezusem: „Kilka lat temu kolega zaprosił mnie na ferie do swojej babci. Wybraliśmy się na wycieczkę w góry. W tym dniu przypadało święto Ofiarowania Pańskiego. Chcieliśmy więc przejść na wieczorną Mszę świętą do sąsiedniej miejscowości.  Wyszliśmy z domu przed południem. Zapadaliśmy się w topniejącym śniegu. Trasa była niełatwa. Po kilku godzinach odechciało mi się wszystkiego. Przedłużyło się to nasze wędrowanie. Byłem mokry, głodny i zmęczony. Dzień był krótki, wcześnie zrobiło się szaro. Nerwowo spoglądałem na zegarek — Zdążymy, czy nie zdążymy? Przemoczone buty i ubranie, chłód, a droga – daleka. Zrobiło mi się przykro, kiedy gdzieś w dolinie bił kościelny dzwon, a ja nie mogłem tam być. Gdy przyszliśmy pod kościół, Msza się właśnie skończyła. Jeszcze nigdy nie czułem wewnątrz takiej pustki. Poszliśmy na przystanek, na autobus. Lepszego pomysłu nie mieliśmy. — Ostatnia szansa – w Jordanowie. Dojechaliśmy, wysiadamy i biegniemy…, szybko, szybko… Jest! Ledwie zdążyliśmy. Cieszyłem się jak małe dziecko (tak też wyglądaliśmy – jak dzieci na obozie przetrwania – ubrudzeni, przemoczeni, ale szczęśliwi). To była ostatnia Msza w tym dniu.” Warto ponieść trud, by spotkać się z Jezusem. Mówi nam o tym Ewangelia: Szedł za Nim wielki tłum, bo oglądano znaki. Jezus wszedł na wzgórze i usiadł tam ze swoimi uczniami. (…) Podniósł oczy i ujrzał, że liczne tłumy schodzą się do Niego… Przyszli z daleka, na pewno utrudzeni i obciążeni, a On kazał im spocząć. Następnie:… wziął chleby i odmówiwszy dziękczynienie, rozdał siedzącym; podobnie i ryby (…), ile kto chciał. Kto do Mnie przychodzi, nie będzie łaknąć, a kto wierzy we Mnie, nigdy pragnąć nie będzie.