Na naszej parafii spotyka nas zrozumienie i wielka życzliwość ze strony ludzi. Daje się to wyczuć w bezpośrednim kontakcie na spotkaniach czy w wymianie zadań pod kościołem, ale także kolędowe spotkanie w domu były pełne serdeczności. Słysząc jednak nieraz ludzi, którzy nie wiedzą, kto obok nich stoi albo czytając niektóre wypowiedzi na forach nieraz mam wrażenie jakby księża byli trędowaci. I zastanawia mnie skąd tyle nienawiści w ludziach do duchowieństwa. Nie pisze tu celowo o krytycznych uwagach, bo one nieraz są wskazane i pożyteczne, ale o jakiejś nieuzasadnionej pogardzie do tego, co związane z instytucją Kościoła. Przyczyn jest jak zwykle wiele. Podstawą jednak tej nienawiści jest często konflikt sumienia. Ono gryzie a ponieważ trudno to wytrzymać próbuje się sumienie zagłuszyć, wyeliminować wszystko i wszystkich, którzy odbiorą „święty spokój”. Kolejny powód to tak zwana „obraza” na księdza: bo nie dał zaświadczenia, bo podniósł głos, bo nie dopuścił do bierzmowania, bo mówi z ambony niewygodne rzeczy. Trzecia przyczyna to środowisko i plotki. Nieraz człowiek czuje, że na polu walki zostaje sam: wszyscy krytykują, dolewają oliwy, wiedzą lepiej i człowiek zaczyna myśleć jak inni. Czwarty powód to ludzie lewicy i liberałowie, którzy patrzą do „kieszeni” Kościoła i już policzyli każdy grosz z Funduszu zapominając dodać, że księża płacą podatki, że prowadzą ochronki, szkoły, dzieła Caritas. Piąty powód to mowa nienawiści, która jest na porządku dziennym, wywołuje ona falę agresji głównie słownej ale nie brakuje i innych incydentów. Chrystus mówi dziś w Ewangelii „nie jest mile prorok widziany w swojej Ojczyźnie”. Ileż w tym prawdy. Jakże to przysłowie wciąż aktualne.