Zapewne wyda się to niejednemu dziwne, że Jezus przypomniał ludziom obowiązek miłowania nie Boga, ale drugiego człowieka. Przypominając ludziom obowiązek miłości, Jezus nie zapomina wcale o Ojcu. Przeciwnie, w ten swój ostatni wieczór na ziemi jest sercem i myślą nieustannie przy Nim. Ale wie, że Ojciec nie przez co innego, ale właśnie przez to, najbardziej zostanie uwielbiony, jeżeli wreszcie uda się – jakimś przedziwnym zabiegiem – wpleść na trwale w definicję człowieka słowo: miłość. Wie również, że i dla człowieka polecenia, które mu dzisiaj zostawia, są poleceniami największej wagi. Nie ma bowiem dla niego innej drogi do Boga, a tym samym do jego własnego, doczesnego i wiecznego szczęścia, jak tylko droga poprzez wielką, ludzką rodzinę, w której wszystkich – dalekich i bliskich, złych i dobrych, życzliwych i nienawistnych – objąć należy kochającym i gotowym do służenia sercem. Żaden z ludzi nie może sobie pochlebiać, że to on pierwszy robi krok w miłość. Jak wszędzie tak i tu inicjatywa należy do Boga. „Miłość jest z Boga” – napisze Jan i wyjaśni: „to nie my umiłowaliśmy Boga, ale On sam pierwszy nas umiłował”. Wiemy już więc, że trwać w miłości Bożej, to zachować przykazania, a raczej jedno tylko przykazanie: „kochaj bliźniego jak siebie samego”. Po prostu, obdarowani szczodrzej i zanurzeni w większą miłość, musimy i my rozszerzyć nasze serce. Bóg dał nam siebie w Jezusie Chrystusie bez miary, dlatego odtąd normą i naszego dawania musi być dawanie bez miary. Dawajmy bez liczenia na zysk, bo jaką miarą mierzymy taką i nam odmierzą.