Dwaj uczniowie Chrystusa zdążają do wioski Emaus, oddalonej około 11 kilometrów od Jerozolimy. Mają dużo czasu, żeby w czasie drogi wymienić między sobą poglądy na temat dramatu, jaki rozegrał się w minionym tygodniu: aresztowania Jezusa, pośpiesznego procesu wbrew przepisom prawa, fałszywych świadków i niesprawiedliwego wyroku śmierci. Krążą pogłoski, że On żyje, potwierdzają to kobiety, które były u grobu, także apostołowie Piotr i Jan, ale oni Łukasz i Kleofas są zbyt krytyczni, aby dać wiarę takim niesprawdzonym sensacjom. Wolą opuścić Jerozolimę i udać się w bezpieczne miejsce, dopóki sprawa nie przycichnie. Gdy więc smutni i przygnębieni roztrząsają w szczegółach ostatnie wydarzenia, oto Jezus zbliżył się do nich. Nie poznali Go, gdyż „oczy ich były niejako na uwięzi”. Strach i smutek przeszkadzają w jasnym widzeniu rzeczywistości. Zajęci sobą i swoim bólem, nie widzą Chrystusa idącego obok. A przecież Bóg jest zawsze z nami, w każdej sytuacji życia. Jest tu zawarta cenna wskazówka: nie wolno stać z boku i biernie się przyglądać, jak ludzie uginający się pod ciężarem kłopotów oddalają się od Jerozolimy, która jest symbolem wspólnot wiary. Nie mam żadnego prawa do oceny: „to ich sprawa, wolna droga, niech każdy pilnuje siebie, stwórzmy zwarte getto w obronie przed potęgą zła i zalewem laickich poglądów”. Chrystus nie chce, żeby Jego Kościół stanowił zamkniętą twierdzę. Jako Jego uczniowie mamy wyjść naprzeciw świata i rozmawiać ze wszystkimi szukającymi kontaktów z Kościołem.

Ks. Ireneusz