Jezioro Galilejskie jest świadkiem niecodziennego wydarzenia. Apostołowie wsiedli do łodzi, żeby przeprawić się na drugi brzeg. Takie polecenie otrzymali od Chrystusa. On sam pozostał jeszcze wśród ludzi, którzy byli świadkami rozmnożenia chleba, nakarmili się do syta i teraz wracają do domu. A gdy był już zupełnie sam, udał się na górę, aby się modlić. Zapadła noc. Apostołowie wiosłują coraz mocniej, ponieważ zerwał się silny wiatr i ogromne fale biją w łódź. Między godziną 300 a 600 rano ujrzeli nagle jakąś postać ludzką kroczącą po jeziorze. Nie dowierzają własnym oczom, przywidzenie to, czy zjawa? Ale postać zbliża się do nich i słyszą głos: odwagi, Ja jestem, nie bójcie się! – To Chrystus. Oni, jako rybacy od dziecka zżyli się z jeziorem, przeżyli niejedną burzę, noc i niebezpieczeństwo, i niełatwo ich przestraszyć. Musiało to być niesamowite zjawisko, skoro z duszą na ramieniu krzyczą pełni lęku i trwogi. To niemożliwe żeby człowiek mógł chodzić po wodzie. Albo to duch błąkające się po ruinach, a teraz po jeziorze albo oni ulegli zbiorowej halucynacji. Piotr reaguje szybko i zdecydowanie. Chociaż słyszy znajomy głos wzywający ich do spokoju i odwagi, chcę mieć namacalny dowód, że to Chrystus. Mówi, więc: Panie, każ mi przyjść do siebie po wodzie. Chrystusa nie jest zaskoczony tą dziwną prośbą Piotra. On wie dokładnie, jakie wielkie trudności sprawia nam Jego nauka i z jakimi oporami przyjmujemy Jego wymagania. Niełatwo zaufać Bogu bez reszty i bez wahania. Nie dziwi Go umysł dociekliwy i poszukujący prawdy, razi natomiast nieuzasadniony sceptycyzm i odrzucanie namacalnych faktów. Po swoim zmartwychwstaniu powie ze smutkiem: „jakże nieskore są wasze serca do wierzenia we wszystko, co powiedzieli prorocy”.

Ks. Ireneusz