Nareszcie będzie coś na kler i hierarchię – pomyśli może ktoś złośliwy, słysząc mocne słowa Jezusa, rzucane w dzisiejszej Ewangelii na teologów i kapłanów żydowskiej świątyni. A tak naprawdę powinniśmy wszyscy dogłębnie przemyśleć zarzuty sprzed 2000 lat postawione przez Jezusa, albowiem grzech i głupota są długowieczne i zarażają nawet po upływie setek lat, a wysokie i eksponowane stanowiska z natury swojej rodzą niebezpieczeństwo. Od pradawnych czasów religia bywała wykorzystywana do bardzo niereligijnych celów, a ludzie uczący innych o Bogu sami nie raz tym Bogiem zbyt mało się przejmowali. Jezus ostrzega swoich słuchaczy przed uczonymi w Piśmie. Widocznie są oni nie tylko śmieszni, ale i niebezpieczni. Niebezpieczni na skutek swoich powiązań z władzą, niebezpieczni wskutek możliwości wpływania na prawodawstwo, sądownictwo, opinię publiczną i zwyczaje. Niebezpieczni przez zły przykład jaki dają wierzącym. Wadami żydowskich teologów była obnoszona na pokaz zewnętrzność, którą przesłaniało się własną pustkę i nędzę, była obłuda, nadużywanie religii do bardzo niskich celów, było gonienie za: uznaniem, zaszczytami, pierwszymi miejscami. Smutnemu obrazowi ludzi, którzy czczą Boga tylko wargami, a nie sercem, przeciwstawia dzisiejsza Ewangelia innego człowieka. Człowiek ten znajduje uznanie w oczach Jezusa i otrzymuje Jego pochwałę. To opowieść o ubogiej wdowie, wrzucającej do kościelnej skarbony swoje ostatnie 2 grosze, nie jest bynajmniej w sposób sztuczny doczepiona do pierwszej części opowieści. Ona należy do niej organicznie, jako pewnego rodzaju pociecha, że świat nie składa się z samych obłudników, chciwców i poszukiwaczy wysokich stołków oraz pierwszych miejsc na ucztach. Są jeszcze wśród nas ludzie prości, skromni, z gruntu uczciwi, bezinteresowni, usuwający się w cień, bezgranicznie ufający Bogu i wprost nie do pojęcia wielkoduszni i ofiarni. Świat może ich nie dostrzega, ale Bóg zna swoich i na nich właśnie buduje.

Ks. Ireneusz