We wstępie do swojej Ewangelii zaznacza Łukasz, ile troski włoży w wiarygodność i historyczność tego dzieła: „Postanowiłem więc i ja zbadać dokładnie wszystko od pierwszej chwili i opisać … po kolei”. I właśnie tak historycznie, z osadzeniem faktu, rozpoczyna opis publicznego wystąpienia Jana Chrzciciela. Nam się czasem wydaje, że jak już sobie życie jako tako ułożymy, uporządkujemy, jak już odejdzie od nas to, co serce plami i poniża, to wówczas rozglądamy się i za Bogiem. A co, jeżeli On przyjdzie wcześniej? A co, jeżeli nas zaskoczy, tak jak zaskoczył kiedyś tamtych? Nie bójmy się jednak tego nieoczekiwanego przyjścia. Kiedykolwiek by ono nastąpiło i w jakiejkolwiek sytuacji nas zostało, trzeba ku niemu wyciągnąć ręce. Bo Bóg, który przychodzi, to Bóg Zbawiciel. Niepotrzebne Mu dobre czasy. To On czyni czasy dobrymi. To On umożliwia człowiekowi przemeblowanie życia i trwały ład. Ale zbawi On tylko tych, którzy chcą być zbawieni. Nie skorzystali z oferty ani Piła, ani Herod, ani Annasz czy Kajfasz, choć każdemu z nich dana była łaska osobistego zetknięcia się z Chrystusem. Niechętnymi spotkaniu i brudnymi rękami dotknęli oni wprawdzie „pełni czasów”, ale osobiście nie skorzystali na tym nic. Odtąd tylko ich imiona pozostaną w historii na świadectwo, iż tamto, które Łukasz zaczyna opisywać, nie jest bajką, legendą, wytworem fantazji, ale faktem, który da się umiejscowić w konkretnym czasie, na konkretnie określonej przestrzeni. A wszystko zaczęło się tak: koczujący gdzieś na odludziu Pustelnik Jan otrzymuje któregoś dnia znak: „czas się wypełnił i bliskie jest Królestwo Boże”. Żegna pośpiesznie samotność i wyrusza w drogę. „Obchodził więc całą okolicę i głosił chrzest nawrócenia dla odpuszczenia grzechów”. Kto mu powiedział, że wybierając się na spotkanie z Bogiem, trzeba zacząć od zerwania z grzechem i wymazania go z życia przez nawrócenie i pokutę? Jan był mądry Biblią i własnym, czystym sumieniem. My, mniej od niego mądrzy i nieporównywalnie mniej święci, wchodzimy co roku w nasz adwent z zupełnie innymi troskami. Kto tam myśli o sumieniu i czystym sercu? Choć Boże Narodzenie obiecuje nam spotkanie nie z bajką, ale z rzeczywistością, a w tej rzeczywistości nie z czymś, ale z kimś, nasze przygotowanie do świąt wygląda tak, jakby tamten Przychodzący był na niby i jakby uczcić Go można nie sobą, ale rzeczami. Szał potrzebnych i niepotrzebnych zakupów, podarunki, świecidełka, wyjazdy, listy, smsy. Przecież to wszystko jest wyłącznie dla nas i dla naszych! A co dla Niego?

Ks. Ireneusz