W dzisiejszej Ewangelii, pozornie czysto opisowej, przypominającej barwny reportaż odległego zdarzenia, w rzeczywistości jednak niesłychanie bogatej w treść teologiczną, pada jedno zdanie, skierowane jakby osobiście do każdego z nas. Pocieszające zdanie, na które tylu z nas długo czekało: „BŁOGOSŁAWIENI, KTÓRZY NIE WIDZIELI, A UWIERZYLI”. Okazję do wypowiedzenia tego zdania dało Jezusowi niedowiarstwo jednego z uczniów, imieniem Tomasz. Tomasz nie był w Wieczerniku, gdy do zebranych tam Apostołów przyszedł Zmartwychwstały. Kiedy mu powiedziano, co zaszło, zareagował protestem: nie uwierzę, dopóki nie zobaczę na własne oczy! Dopóki nie dotknę palcem! Dopóki eksperymentalnie się nie przekonam! Trudno dzisiaj powiedzieć, co spowodowało u Tomasza ten manifest niewiary w zmartwychwstanie? Za dużo w tym proteście ognia, żeby sądzić, iż dał tu o sobie znać jedynie trzeźwy, żądający dowodów umysł ucznia. Może Tomasz poczuł się urażony, że Pan ukazał się innym, nie jemu! Może doszła w nim do głosu zazdrość, że ci tu zjednoczeni w braterskiej wspólnocie mają już coś więcej niż on, są bogatsi posiadaną pewnością, są spokojniejsi, szczęśliwsi? Nie bawmy się w detektywów. Zostawmy Tomaszowi jego smutną tajemnicę. W każdym razie za to jedno jego zdanie, okrzyknęliśmy tego ucznia niedowiarkiem. Jego imię stało się synonimem sceptycyzmu i wątpienia. „Niewierny Tomasz”. A niesłusznie! Nie był on bowiem wcale pierwszym, który miał kłopoty z uwierzeniem, że Jezus powstał z martwych. Nie od razu uwierzyły niewiasty, nie od razu Piotr, nie od razu Kleofas z towarzyszem, nie od razu inni uczniowie, choć wszyscy oni albo osobiście spotkali uwielbionego Pana, albo przynajmniej widzieli pusty grób! I Bogu dzięki, że wobec tak niesłychanego cudu, jakim był powrót Jezusa spoza bram śmierci, ludzie ci zachowali ostrożność i zdrową nieufność. Ich trzeźwy sąd i uparte szukanie dowodów są najlepszym fundamenta dla naszej wiary w zmartwychwstanie.

Ks. Ireneusz