Całą ludzkość nurtuje podświadoma tęsknota za człowiekiem innym, niż ten na co dzień: wielkim, doskonałym, przemienionym. Każdy z nas, niezależnie od tego, kim jest, marzy po cichu, by przynajmniej raz w życiu przeskoczyć samego siebie, coś większego i lepszego z siebie wykrzesać, czymś doskonalszym błysnąć, coś trwałego i wartościowego po sobie pozostawić. Jest w tym wszystkim sporo samolubstwa, ale jest też i jakaś troska o przyszłość. Wszyscy rozumiemy, że im więcej będzie na świecić ludzi wielkich i wartościowych, tym lepiej dla świata. W dzisiejszej ewangelii widzimy Pana Jezusa, jak idzie z gromadką uczniów ku Górze Tabor. On wszystkich swoich przyjaciół prowadzi nieodmiennie ku szczytom przemienienia. Tym razem trzech tylko zabierze z sobą na wierzchołek: Piotra, Jakuba i Jana. Ukaże im tam własne przemienienie. Zobaczą człowieka, którego oczy prześwietla blask innego świata, którego szat nie splamiły kurz i błoto ziemskich dróg, tak, że błyszczą nieskalaną bielą. Zobaczą, co dzieje się z ludzkim ciałem, gdy bierze je za swoje wcielony Bóg. Cud przemienienia na szczycie góry Tabor nie był takim tylko sobie widowiskiem, które Jezus zafundował przed swoją męką trzem, najwierniejszym uczniom. Był ujawnieniem tego, ku czemu idą ci wszyscy, którzy zgodzili się związać swe życie z Chrystusem. Był także ukazaniem człowiekowi tkwiących w jego człowieczeństwie możliwości, jeśli całego siebie powierzy temu pierwszemu z Przemienionych. Bo tylko z Nim osiąga się takie wyżyny. Podobnie jak nie da się człowieka zrozumieć nie patrząc na niego w Chrystusie, tak i zmienić go w kogoś lepszego i większego nie uda się nikomu, kto pomija Chrystusa. Niedziela dzisiejsza woła głośno do wszystkich spragnionych bogatszego i pełniejszego człowieczeństwa: idź za tym Jedynym, w którym człowieczeństwo osiągnęło pełnię wszystkiego, co dla natury ludzkiej zaplanował Bóg. Zawierz Mu tak mocno, jak kiedyś Abraham zawierzył Bogu.

Ks. Ireneusz