Jest zapewne wieczór, gdy z trzema wybranymi spośród dwunastu: Piotrem, Jakubem i Janem zaczyna Jezus uciążliwą drogę na górę Tabor. Uczniowie nie przeczuwają, ku czemu idą. Jezus często zabierał ich osobno. Może nawet są trochę niezadowoleni, że tym razem Nauczyciel wybrał tak trudno dostępne miejsce. Na rozległym, płaskim wierzchołku, Jezus swoim zwyczajem oddala się na kilka kroków od swoich towarzyszy. Ci zaś kładą się po prostu spać. I wtedy zaczyna się to wielkie i niepojęte – przeznaczone Bożym wyrokiem nie dla Jezusa, ale dla tych trzech śpiących. Przeznaczone dla każdego z nas. Szczegółowy opis cudu Przemienienia przypomniała nam przed chwilą Ewangelia. Nie musimy do niego wracać. Warto natomiast trochę nad nim podumać. Podobnie jak uczniowie Jezusa, tak i my wszyscy idziemy ku Jerozolimie, ku miastu naszego ostatniego postoju na ziemi. Idziemy ku jakimś tam dniom cierpienia, goryczy, prób, walk, ofiar, może i prawdziwej męki. Zwykły człowieczy los. Idziemy wprawdzie z Jezusem, ale korzystamy z tej obecności akurat tyle, co tych pierwszych dwunastu. Gdy nadchodzi próba, cierpienie, pokusa, kogo z nas zatrzyma na powierzchni rozpętanych odmętów fakt, że przecież jest ochrzczony, że wierzący, że korzysta z sakramentów, że chodzi do Kościoła? Dla wielu chrześcijan wokół, a szczególnie tych, których los nie pieści, każdy krok w cierpienie to równocześnie krok w ciemność, krok w pustkę, krok w gorycz, zniechęcenie, a może i rozpacz. A przecież Jezus jest tuż! Jakżeż potrzebna jest nam góra Tabor! Ku wieczorowi życia, a już szczególnie ku dniom trwogi i klęski, iść możne bezpiecznie tylko ten, kto tamto wspaniałe Przemienienie kiedyś zobaczył. Kto choć na chwilę przeżył bliskość Boga. Kogo przynajmniej raz w życiu poraził blask chwały Chrystusa. Religia, którą wyznajemy, kryje w sobie przedziwne moce, których istnienia nawet nie przeczuwamy.

Ks. Ireneusz