Wszystko zaczął Piotr, a zaczął – trzeba mu to wypomnieć – bardzo nieteologicznie: „Idę łowić ryby”. Nie chodziło oczywiście o żadną zdradę dotychczasowego powołania. Piotr ani nie porzucał służby u Chrystusa, ani nie wracał na stałe nad jezioro. Piotr jest po prostu zmęczony. Tyle ostatnio przeżył. Tyle wycierpiał. Tyle z siebie wypłakał. Teraz przybył z towarzyszami do Galilei. Chce się przez chwilę odprężyć, wracając na jedną noc do zajęcia, które kiedyś wypełniało mu tyle nocy. „Idę łowić ryby”! Odpowiedzieli mu towarzysze: „Idziemy i my z Tobą”. Jest ich siedmiu. Święta liczba Biblii, symbolizująca pełnię. Łowią całą noc, ale sieci pozostają puste. Trzeba się im przyzwyczaić do nieudanych połowów. Gdy bowiem zaczną łowić ludzi, nie będzie wcale lepiej. Nad ranem, gdy już zniechęceni opuszczają ręce, jawi się na brzegu jakaś postać. Jest jeszcze za ciemno, by rozpoznać, kto to taki. Nieznajomy woła do nadpływających: „Dzieci, czy macie co na posiłek?”. Są więc już klienci po ryby. Tylko, że ryb nie ma. Mówią o tym Tamtemu, a On do nich: „Zarzućcie sieć po prawej stronie łodzi, a znajdziecie”. Skąd Piotr zna to polecenie? Trzy lata temu, od takiego właśnie rozkazu wszystko się na nowo w jego życiu zaczęło. Bo zaraz były ryby. Wiele ryb. Niestety dziś, słysząc taki sam jak wówczas rozkaz, nie rozpoznaje Mistrza. Nie rozpoznaje Go nawet wtedy, gdy wypełniona rybami sieci idzie ciężko na dno. Dopiero Jan zawoła do niego: „To jest Pan!”. dlaczego więc Piotr jest jeszcze ślepy? Może Pan chce pouczyć swojego apostoła, że nawet on – Opoka, on – Pasterz nie zawsze będzie tym pierwszym, co to na miałkim piasku pospolitych ludzkich spraw i wydarzeń odkryj obecność swojego Mistrza. Czasem dojrzy Go wcześniej ktoś inny. Czasem ktoś inny pierwszy Go rozpozna i odczyta Jego wolę. Jakiś Jan. Jakiś uczeń, którego Jezus miłuje.

Ks. Ireneusz