Mówi stare, tureckie przysłowie: „Nie ma człowieka, którego by nie gnębiły troski. A gdyby się przypadkiem taki znalazł, to nie byłby on człowiekiem”. Ludzki los do troska. Przez pierwsze lata naszego życia, zanim w małym dziecku rozbudzi się świadomość, a tym bardziej rozum, dźwiga tę troskę o siebie sam organizm człowieka. Ale z chwilą włączenia się w nas świadomości i rozumu, odpowiedzialność za prawidłowy rozwój naszego życia fizycznego i psychicznego, za zdrowie spadać zaczyna w coraz większej mierze na samego człowieka. To on troszczyć się odtąd będzie każdym jego zagrożeniem, z niepokojem patrzeć na postępujący proces starzenia się, to jemu osobiście zarezerwowany jest lęk przed nadchodzącą nieuchronnie śmiercią. Do troski o własny organizm dojdą od samego początku inne jeszcze troski. A więc troska o zdobycie wiedzy, zawodu, stanowiska w społeczeństwie, o jaki takie urządzenie się w życiu. Iluż ludziom te właśnie zmartwienia spędzają przez długie lata sen z powiek! A przecież to nie wszystko, co nas dręczy. Nawet nie najważniejsze. Wielkim przedmiotem troski dorosłego człowieka jest także drugi człowiek: mąż, żona, dziecko, rodzina, społeczeństwo, świat, w którym żyjemy. To właśnie w zetknięciu z rzeczywistością ludzi, nasze życie zabarwia się całą paletą (przeważnie) ciemnych kolorów: od zniechęcenia, nudy, zawodu i niechęci, do buntu, gniewu, nienawiści i rozpaczy włącznie. Nie ma i nie będzie ludzkiego życia bez tych cieni. Udręczonemu człowiekowi podsuwa dzisiejsza Ewangelia kilka zdań wypowiedzianych kiedyś przez Jezusa, które stać się mogą dla każdego z nas z lampą – przewodniczką przez najczarniejszą nawet noc. Oto one: „Ja jestem dobrym pasterzem. Znam owce moje. Idą one za Mną i Ja daję im życie wieczne. Nie zginą one na wieki i nikt nie wyrwie ich z mojej ręki”. A więc: Jesteś w rękach Boga. A to są mocne ręce. I co najważniejsze, kochające.

Ks. Ireneusz