Wśród wielu Jezusowych przypowieści, przypowieść „O synu marnotrawnym”, a raczej o jego wspaniałym ojcu, jest prawdziwie „pieśnią nad pieśniami” Bożego Miłosierdzia względem człowieka. Ileż to już razy słuchaliśmy tej opowieści, ileż razy na trudnych drogach powrotu świeciła nam ona jak gwiazda wskazująca dom ojca, dom wciąż jeszcze dla nas otwarty! Zna tę przypowieść każdy chrześcijanin. Napisano o niej wiele książek, wygłoszono wiele kazań. Nie będziemy więc dziś wracać do samego opisu, który zresztą przypomniała wszystkim odczytana przed chwilą Ewangelia. Spróbujmy natomiast przeanalizować teologiczną treść o synu marnotrawnym. Pod prostymi słowami i obrazami kryje się bowiem w niej cała omal objawiona nauka o nawróceniu i powrocie grzesznika do Boga. Młodszy syn z ewangelicznej opowieści oświadcza któregoś dnia ojcu, że opuszcza dom rodzinny. Żąda przy tym wydania przypadającej mu części majątku. Co doprowadziło do tak przykrej sytuacji? Trudności w rodzinie? Urażona czymś miłość własna? Młodzieńcza lekkomyślność i buta? Nie powie nam tego nikt. Tak, jak nikt nie wie, dlaczego to i nam robi się czasem ciasno i nieznośnie w przytulnym dotąd domu Ojca, w bezpiecznym świecie pacierza, niedzielnej Mszy świętej, częstej komunii, wielkanocnej spowiedzi, rezurekcji i pasterki. Ojciec z przypowieści nie pyta syna, dlaczego odchodzi. Z przedziwnym spokojem oddaje mu żądaną część majątku. Bóg ma dostać mocy, by zrywającego z Nim związek grzesznikowi powiedzieć: nie! Ale tego nie robi. Pozwala odejść. Nie uczyni żadnego gestu, by nas przemocą przy sobie zatrzymać. Szanuje wolność stworzenia, które sam wolnym uczynił. Czy jednak nie boli Go serce w godzinie rozstania? Grzesznik o to nie pyta. Krok przez próg i zaczyna się buńczuczna wyprawa w marnotrawstwo, swawolę i bezbożność. Jakże szybko przychodzi to, co nieuchronnie przyjść musiało: dno. Z pozłacanych tronów, które obiecywał grzech, schodzi się paść świnie.

Ks. Ireneusz