20171225_095622

Prawie ze współczuciem patrzymy na Józefa i Maryję, jak ciągną do Jerozolimy ze śpiącym w podróżnym tłumoczku maleństwem, by uczynić z Nim to, czego wymaga Mojżeszowa prawo. Przecież wiedzą: obrzęd, który się tam w świątyni dokona, nie będzie zewnętrzną tylko ceremonią, jak to ma miejsce u innych rodzin. Tamte wykupują po prostu swoich pierworodnych symboliczną ofiarą z gołębi lub z synogarlic i zabierają ich z powrotem do domu. A Tego tu wykupić się nie da. On po to przyszedł na świat, żeby być ofiarowanym. Kto, jak kto, ale Maryja wie o tym dobrze. Oświecona Bożym światłem Matka wiedziała już wówczas, że kto ma do spełnienia tak wielkie i odpowiedzialne zadania, ten nie należy do siebie, ale do Tego, który Go posłał. Sercem i wolą zawsze będzie nie tu, ale tam, gdzie Ojciec chce, żeby był. Zawsze wybiegać będzie myślami i tęsknotą naprzeciw zadaniom, jakie przed Nim stoją. Dom rodzinny dla takiego, to jedynie przystanek. Uświadamiają sobie jedynie, że dzisiejsze ofiarowanie w świątyni będzie nie wykupieniem dziecka od pisanego mu losu, ale dobrowolnym potwierdzeniem ze strony ojca i matki, iż gotowi są przyjąć bez sprzeciwu to, co przyjść musi i co przyjdzie, gdy tylko wybije godzina. Na zakończenie ofiarnego obrzędu w Jerozolimie Symeon powie jeszcze matce: „Oto ten jest przeznaczony na upadek i na powstanie wielu w Izraelu! Na znak, któremu sprzeciwiać się będą. A Twoją duszę miecz przeniknie”.