Jakże łatwo jest zamordować człowieka bezbronnego. Tego też zamordowano i wrzucono do grobu. Potem zatoczono jeszcze na ten grób wielki kamień, umyto ręce z krwi, by nie splamić nią świątecznego obrusa i powiedziano sobie z ulgą: koniec! Tak bowiem dotychczas kończyły się wszystkie historie ludzi sprawiedliwych a niewygodnych. Nie przewidziano wszakże jednego, a mianowicie, że zabity nie był tylko człowiekiem. Wprawdzie, gdy jeszcze żył, mówił tam coś o swoim tajemniczym pochodzeniu, o jakiejś swoich koligacjach z Panem Bogiem. Ale któżby wierzył w takie brednie. A tymczasem okazało się, że miał rację. Toteż historia, która zaczęła się po ludzku, skończyła się po Bożemu. Zamordowany poleżał w grobie niecałe trzy dni, potem wstał i żywy, w prawdziwym choć uwielbionym ciele, odwalił grobowy kamień. To właśnie ta dziwna historia o zmartwychwstaniu rozkołysała dzisiaj wszystkie dzwony całego chrześcijaństwa. Przyszliśmy, by u pustego grobu Zbawiciela odnowić swoją wiarę w żywego i zwycięskiego Chrystusa, ożywić nadzieję, a przede wszystkim wskrzesić na nowo swoją miłość ku Niemu. Czy ja naprawdę wierzę w Chrystusa? Czy wierzę, że będąc człowiekiem, był On i jest równocześnie Bogiem, przed którym pada się na kolana? Czy wierzę, że On mnie zna? Mną się interesuje? Mnie szuka? Że umarł za mnie? Że zmartwychwstał? Czy wierzę że On ma prawo stawiać mi żądania, mówić: zrób to, albo nie czyń tego lub tamtego, bo to cię zgubi, bo to nas rozdzieli z sobą, bo to zmarnuje wszystko, co dla ciebie uczyniłem? Czy dla mnie Wielkanoc, to naprawdę wciąż jeszcze przeżycie religijne, czy tylko święto takiej samej rangi jak walentynki lub dzień pokoju?

Ks. Ireneusz