Zaczęło się po ludzku. Bardzo po ludzku. Jak tyle innych spraw na świecie. Był człowiek dobry i byli ludzie źli. Tych złych było jak zwykle więcej. Dobry czynił dobro, którego pełne było Jego serce. Współczuł cierpiącym, ujmował się za ubogimi, mówił prawdę, obnażał bezlitośnie zakłamanie i obłudę  szczególnie, gdy stroiły się w maskę władzy lub pobożności. Ani dawniej, ani dziś takie postępowanie nie uchodzi bezkarnie. Toteż aresztowano sprawiedliwego, wytoczono mu krótki, pokazowy proces, znaleziono świadków, którzy zawsze widzieli, co widzieć należało, i w zależności od otrzymanej sumy chętnie zaprzysięgną wszystko po linie żądań prokuratora. Nie upłynął dzień, a wyrok był już gotowy. Jakże łatwo jest zamordować człowieka bezbronnego. Tego też zamordowano i wrzucono do grobu. Potem zatoczono jeszcze na ten grób wielki kamień, umyto ręce z krwi, by nie splamić nią świątecznego obrusa, i powiedziano sobie z ulgą: koniec. Tak, bowiem zawsze kończyły się wszystkie historie ludzi sprawiedliwych, a niewygodnych. Nie przewidziano wszakże jednego, a mianowicie, że zabity nie było tylko człowiekiem. Wprawdzie, gdy jeszcze żył, mówił tam coś o swoim tajemniczym pochodzeniu, o jakiś swoich koligacjach z Bogiem, przestrzegał, a nawet groził. Ale któżby wierzył w takie brednie. Tymczasem okazało się, że miał rację. Toteż historia, która zaczęła się po ludzku, skończyła się bosko. Zamordowany poleżał w grobie niecałe 3 dni, potem wstał, odwalił grobowy kamień i żywy, w prawdziwym, choć uwielbionym ciele, wrócił do ludzi, którzy Go wprawdzie wczoraj jeszcze nie bardzo chcieli, ale dziś już ogromnie potrzebowali. To właśnie ta dziwna historia o zmartwychwstaniu rozkołysała dzisiaj wszystkie dzwony całego chrześcijaństwa, buchnęła pod niebo radosnym Alleluja, i nas sprowadziła tutaj. Przyszliśmy by u pustego grobu Zbawiciela odnowić swoją wiarę w żywego zwycięskiego Chrystusa, ożywić nadzieję, a przede wszystkim wskrzesić na nowo swoją miłość ku Niemu.
Błogosławionych Świat dla każdego!