Król – ale jaki? Kiedyś, gdy żył jeszcze na ziemi, a pytano Jezusa kim jest, używał na określenie swej Osoby nazw prostych i pospolitych, dalekich od blasku korony. Może więc lepiej w ogóle nie nazywać Go królem? Może lepiej nie stawiać nigdy w jednym rzędzie Jego najczystszego Imienia z szeregiem imion królów i panujących, z których omal, co drugie – jak uczy historia – splamione zostało tyraństwem, chciwością, wyuzdaniem lub pospolitą głupotą? Może lepiej na niepokalane skronie Boga-Człowieka, które opasała kiedyś jedna tylko korona, ta z ciernia, nie wkładać nigdy brzęczącej obręczy ze złotej blachy, do której przyschło w ciągu wieków tyle krwi, tyle łez ludzi ciemiężonych i tyle brudu? A jednak, jakby na przekór temu wszystkiemu, liturgia dzisiejsza ukazuje nam Chrystusa w koronie na głowie i z berłem w ręku, każe Go nazywać królem i oddawać Mu cześć z tego właśnie tytułu. Jak pogodzić te pozorne sprzeczności? Pogodzić nietrudno. W czasie swojego ziemskiego życia Jezus energicznie odżegnywał się od tytułu króla, bo nie chciał być przez współczesnych źle zrozumiany i obciążyć swojej misji elementami niemającymi z nią nic wspólnego. Kościół znowu, wychodząc z innych założeń, ustanawia uroczystość Chrystusa Króla, byśmy patrząc na skromną postać Syna Człowieczego, w jakiej do nas przyszedł, na Jego uniżenie, mękę i śmierć na krzyżu, nie zapomnieli przypadkiem, że Jezus, chociaż królem siebie nie tytułował, królem przecież był, jest i będzie. I to jakim królem! Uznając Chrystusa moim Królem i na serio rozpoczynając życie prawdą i miłością, nie tylko ja sam osobiście słyszę obietnicę odczytanej przed chwilą Ewangelii: „Dziś będziesz ze Mną w raju”. Zapowiedź lepszego jutra otrzymuje wówczas i cały otaczający mnie świat.