Błogosławieni ubodzy. Jak rozumieć to przedziwne błogosławieństwo, by nie zabrzmiało nam ono jak pusty frazes, za którym nie stoi nic? Jak powiedzieć je ubogim, by nie dojrzeli oni w nim wyłącznie kpiny z ich nędzy? Jak przede wszystkim iść z takim programem do świata, w którym problem głodujących i umierających z niedostatku milionów urasta do niebezpieczeństwa bardziej groźnego, niż nawet konflikt nuklearny? Czy Jezus, nazywając ubogich błogosławionymi, to znaczy szczęśliwymi, chciał powiedzieć, że ubóstwo, choroba są wartościami, których należy szukać, o które należy zabiegać? Niebezpieczeństwo takiego właśnie rozumienia słów: „błogosławieni ubodzy”, niewątpliwie istnieje. A okazją do niego jest zachowanie się samego Jezusa. Pismo św. powie o Nim, że będąc bogaty, dla nas stał się ubogim. Przyszedł na świat jako człowiek biedny i jako biedny człowiek żył. Od samego początku swojej publicznej działalności Jezus otoczy się nie arystokracją, bankierami czy posiadającymi wielkie fortuny, ale plebsem. Tymi, którzy byli najbardziej lekceważenie i najcyniczniej wyzyskiwani. Będzie to pospolity lud wiejski, rolnicy, rybacy i wielobarwna gawiedź miejskiego proletariatu, nigdy niepachnąca groszem, żyjąca więcej niż skromnie. Do tej kategorii ludzi dołączą chorzy, opętani przez demony, ludzie za biedni, by się leczyć lub dbać o siebie. Ciągnąć będą za Jezusem przede wszystkim grzesznicy. Ich reprezentanci: celnicy i dziewki uliczne znajdą w Nim obrońcę, a nawet przyjaciela. Jezus zgromadzi całą tę ludzką nędza wokół siebie i powie jej: „Błogosławieni jesteście wy, ubodzy, albowiem do was należy królestwo Boże!”. Zupełnie co innego usłyszą od Niego bogaci. Będą to surowe ostrzeżenia, a nawet groźnie brzmiące: biada!

Ks. Ireneusz