Wprost nieprawdopodobne, jak Bóg liczy, że z człowieka da się przecież coś wykrzesać. W odczytanej dziś Ewangelii wracają znowu do nas wysokie żądania Jezusa, ze znanego nam już kazania na górze. „Miłujcie waszych nieprzyjaciół; dobrze czyńcie tym, którzy was oczerniają…”. Słuchamy tego wszystkiego trochę smutni i zrezygnowani. Bo przecież te Jezusowe żądania rozbrzmiewają po kościołach chrześcijaństwa już od dwóch tysięcy lat. Słuchało ich i słucha każde pokolenie ochrzczonych. Niestety, niewiele to wpływa na zmianę oblicza świata. W dalszym ciągu nie jest to świat miłości, ale nienawiści, pokoju, ale kłótni, gwałtu i przemocy, świat przebaczenia, ale zemsty, świat, który umie zrezygnować z prawa na rzecz miłości, lecz jest to świat twardo dochodzący swojego i okrutnie mszczący doznaną krzywdę. Najdziwniejsze, że pomimo całej tej tragicznej sytuacji, ludziom ciągle marzy się inna, lepsza, budowana właśnie na zasadach dzisiejszej Ewangelii rzeczywistość. Śnił o niej już stary Izajasz, gdy pisał pochwałę nowej ziemi, w której wilk zamieszka z jagnięciem, krowa i niedźwiedzica przestawać będą przyjaźnie… a ludzie nie będą się wzajemnie zabijać ani sobie szkodzić, bo pogodzi ich znajomość Pana. Świat sprawiedliwy, zbratany, zatroskany o wzajemne dobro, w miejsce egoistycznie egzekwowanego „mojego prawa” marzył się i marzy do dziś wielu z nas. Jak dotąd, rzeczywistość przekreśla bezlitośnie wszystkie te marzenia. Wilk pozostaje wilkiem i gdy zobaczy jagnię, to je po prostu pożera. Czy nie lepiej przestać wreszcie marzyć o czymś, co naszej „krwiożerczej” naturze wydaje się obce i co – jak pokazuje doświadczenie – przerasta nasze siły? Realiści z całą powagą ostrzegają ludzi przed utopiami.

Ks. Ireneusz