Łatwiej jest wierzyć i kochać z daleka. Z bliska wszystko jest tak niepokojąco konkretne: ludzie i rzeczy, o które się codziennie ocieramy. Dopóki wierzymy i kochamy Jezusa dalekiego i uwielbionego jest łatwiej. Kiedy staje bardzo konkretnie wśród nas już jest gorzej. Doświadczyli tego ludzie z Ewangelii, z Nazaretu. Dopóki słyszeli o mądrości i cudach wszystko wydawało się proste. Kiedy jednak Jezus stanął wśród nich i otwarła się możliwość doświadczenia łaski na własnej skórze, zaczęli powątpiewać, nabierać dystansu. Jak mówi ewangelista „nie mógł tam zdziałać wielu cudów z powodu ich niedowiarstwa”. O. Wilfrid ujął to tak:, „Choć w głębi nas samych tęsknimy za miłością bez granic, to stajemy przerażeni, kiedy ta miłość się objawia”. Przekładając to na język codzienności można powiedzieć: Człowiek w głębi swej duszy tęskni za życiową mądrością, przyjaźnią, kochaną rodziną, możliwością realizacji swoich talentów, dowartościowaniem, zauważeniem, bezpieczeństwem w ostatecznym wymiarze miłością.. – a kiedy staje przed nim możliwość zrealizowania marzeń, wymyśla tysiące powodów, dla których staje się to niemożliwe.  Czego się boi taki człowiek? Wydaje się, że jednym z powodów jest coraz bardziej inna wizja szczęścia u człowieka i u Boga. Innym jest to, że w społeczności nastawionej konsupcyjnie, gdzie każdemu wszystko się należy, zanika zdolność do ofiary, do poświęcenia. Wszystko, co wartościowe, w tym również rodzina, przyjaźń i miłość wymagają trudu, wysiłku, rezygnacji z dużej części swojego „ja”. Przykładem tego jest sam Jezus, który, aby dokonać dzieła odkupienia człowieka poświęca swoje życie.