W Ewangelii czytamy dziś przypowieść o miłosiernym Samarytaninie, który poruszony nieszczęściem człowieka, na którego napadli zbójcy zaopiekował się nim, opatrzył rany i zawiózł w bezpieczne miejsce to jest do gospody. Samarytanin okazał się tym, który patrzy sercem, jest wrażliwy na drugiego. Porusza go czyjeś nieszczęście. Wzruszony jednak do głębi przechodzi do konkretnego działania. Opatruje rany, pielęgnuje, a kiedy sam już nie może posługiwać płaci by inni dokończyli dzieła. Jest inny od starotestamentalnego kapłana i lewity, którzy także widzieli umęczonego człowieka. Ale okazali się bezduszni. Łatwo każdy z nas wydaje wyrok na kapłana i lewitę a wynosi na piedestał Samarytanina. Tymczasem my, być może nie jesteśmy tak obojętni jak kapłan i lewita, ale często pozostajemy na etapie wzruszenia i lania łez. Jednym wychodzi to na medal. Potrafią nad ludzka biedą i nieszczęściem wylewać krokodyle łzy ale do konkretów nie są zdolni. Maja tysiące gotowych pomysłów jak wspomóc, co zrobić a może dokładniej co inni powinni zrobić by było lepiej. Tymczasem być dla drugiego Samarytaninem znaczy nieraz stracić swój czas, pieniądze, swoje siły, dać coś z siebie nie licząc na zysk i wdzięczność czy odpłacanie. Być Samarytaninem to zrezygnować ze swoich planów bo potrzeba mnie tu i teraz. Nie jest to wcale takie łatwe. A może wystarczy wspomnieć, że to Chrystus nieraz przychodzi do nas w obliczu potrzebującego konkretnej pomocy. Pamiętajmy, że Ewangelia kończy się słowami: Jezus rzekł: «Idź, i ty czyń podobnie!»