Z dzieciństwa pozostał w mojej pamięci obraz biegających po naszym małym miasteczku sióstr zakonnych elżbietanek. Znane i cenione przez wszystkich cieszyły się ogromnym szacunkiem i uznaniem lokalnej społeczności. Jedna posługiwała, jako zakrystianka, inna uczyła religii a jeszcze inne nawiedzały chorych, robiły zastrzyki itd. Na mojej drodze życia stanęło wiele sióstr, zwłaszcza te, które posługiwały w zakrystii, bo przecież, jako wieloletni ministrant miałem z nimi częsty kontakt a jako kleryk nieraz zastępowałem je w zakrystii w czasie ich urlopów. Przygotowując się do wczesnej Komunii św., jako małe dziecko chodziłem z rodzicami na katechezę. Nazywaliśmy ją pogadankami. Początkowo uczyła mnie siostra Stylita a potem Lidia. Wspaniałe katechetki, wspaniałe katechezy. Trzeba było pójść do salki w domu parafialnym a rodzice tak musieli sobie poustawiać czas, aby mogli mi towarzyszyć; zresztą nie tylko mnie, inne dzieci przecież też przychodzili z opiekunami. I nie pamiętam żeby ktokolwiek wymawiał się brakiem czasu, zajęciami, pracą. Byłoby to głęboko niestosowne i niekulturalne. I nam dzieciom i naszym rodzicom zależało na tej katechezie i głębokim przygotowaniu do I Komunii i I spowiedzi. Piszę o tym, bo dziś przerażają mnie nie tyle dzieci ile rodzice. Etap przygotowania do I Komunii a także młodzieży do bierzmowania dokonuje się dwutorowo. Na katechezie szkolnej i przy parafii. Oczywiście cały ambaras o przygotowanie w parafii. Jakaż to wielka dzieje się krzywda. Dziś moda na luz a nie na wymagania. Dzieci są tylko wierną kopią rodziców. Zapominają jednak dorośli, że za błędy przyjdzie im płacić nieraz niejedną łzę i nieprzespane noce. I na nic potem oskarżać Kościół i Pana Boga, bo powrócę do myśli sprzed tygodnia: Jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz. A więc by zaoszczędzić łez niech przygotowanie do I Komunii i bierzmowania stanie się szansą do rodziny odnowienia więzi między sobą i więzi rodziny z Panem Bogiem. A wymagania no cóż, w życiu dorosłym mamy je na okrągło i nikt nad nami nie płacze.