Jezus nie robi problemu z tego, że istnieje władza, że jedni stoją wyżej od drugich. Nie jest On bynajmniej anarchistą, jak Mu to niektórzy usiłują wmówić. Społeczność z natury swojej potrzebuje przywódcy, choćby to była społeczność tak mała, jak rodzina. Jezusowi chodzi o to, by ci, którzy stoją na czele, szczególnie we wspólnocie religijnej, we właściwy sposób pełnili zadania wynikające z ich sytuacji. Urząd bowiem – jakikolwiek by był – papieża, prezydenta, ministra, ojca lub matki w rodzinie, kasjerki na poczcie czy furtiana w klasztorze daje jego posiadaczowi określoną władzę, a ta, niestety, może być nadużyta. Ewangelia dzisiejsza mówi o dwóch tylko, z wielu możliwych, nadużyciach władzy, a mianowicie o zadurzeniu własną godnością, którą obnosi się niby sztandar na pochodzie oraz o obłudzie, czyli fałszu pomiędzy tym, kim naprawdę jesteśmy, a co ukazujemy innym i czego od nich żądamy. Te właśnie dwie wady najwięcej złoszczą i gorszą. Ludzie na ogół wiele zniosą u tych, którzy im przewodzą: że są niefotogeniczni, że nie umieją dobrze mówić do mikrofonu, że wobec niektórych problemów stają bezradni i że nie o każdej porze dnia i nocy szczerzą zęby w wyuczonym uśmiechu. Nie darują im jednak szczególnie dziś, gdy czynią z siebie bogów i gdy własnym życiem kpią z tego, za co innym każą umierać. A do takich postaw kusi władza. Jezus pragnie zamknąć, i to radykalnie, przed uczniami drogę do samouwielbienia i robienia z siebie bożyszcza. Zakazuje im więc posługiwania się tytułem „rabbi”, a nawet „ojciec”. Jezus wprowadza nas w nowotestamentalną koncepcję władzy. Oto ona: Wobec Boga wszyscy jesteśmy sobie równi.

Ks. Ireneusz